niedziela, 21 sierpnia 2016

EPILOG

Całe to pole, jakie otaczało zgliszcza pałacu, było puste, szare, przeraźliwe, i podobne do obumarłego stepu. Chodził tylko po nim wiatr, a nad nim unosiła się cicho śmierć. Oczy przelatujących jastrzębi zwracały się mimo woli na tę złowrogą, milczącą równinę. Wędrujące po niebie chmury przesłaniały od czasu do czasu księżyc, a wówczas padał na nią mrok śmiertelny, oraz na arenę przez otwarty dach, który się nad nią rozciągał.
– Chase, jesteś potworem.
Głos Hannibala przebił się na zewnątrz, bo tak w nim pobrzmiewał zwycięski śmiech, podobny do rechoczącej hieny.
Może i nim był, ale z bólu Chase wyciszył siebie i świat zewnętrzny, by nic nie kotłowało mu bardziej tej trudnej chwili. Czas uciekał, a on nie mógł dłużej zwlekać, dlatego przemienił się, uznawszy, iż jest to jedyne wyjście z sytuacji – jedyna droga na przetrwanie.
– Smacznego!
 Z tą dedykacją, Hannibal, zaśmiał się jeszcze bardziej opryskliwie niż miał to w zwyczaju. Zachowywał się tak, jak na ziarno zła zresztą przystało. Zadawanie bólu drugiej istocie, a już zwłaszcza komuś, kto niegdyś pokrzyżował mu plany, cieszył znaczni bardziej niż łóżkowe swawole. Oparł dłonie o barierę balkonu na trybunach, nie przestając spoglądać w dół. Tuż pod tronem trzymał worek z Shen Gong Wu, swoje trofeum.
Bestia zjawiła się, grzebiąc resztki człowieczeństwa swego nosiciela. Napięła mięśnie pod łuskanym pancerzem; każda pojedyncza łuska zalśniła jak lodowe iglica w zimnym świetle, które ni stąd ni zowąd zapanowało również w koloseum. Blask nocy tonował kolory, wypędzając światło ognia. Potwór nachylił się nad ciałem Kimiko i otworzył paszczę. Swoją posturą przysłonił widok Hannibalowi, który zaczął przemieszczać się po trybunach, by mój dojrzeć, co też wyprawiają zielone szczęki. Usłyszał trzask przywodzący łamanie kości. Fasolka aż podskoczyła z radości na myśl, że Kimiko jest pożerana żywcem.
– Szlag! Nic nie widzę! – poskarżył się. Stwierdzając, że może sobie na to pozwolić, bowiem Bestia nie jest dlań żadnym wyzwaniem, zeskoczył z trybunów na arenę, zostawiając worek z Wu na wszelki wypadek. Wyłożona cienką warstwą piasku ziemia zadrżała delikatnie od jego zejścia. Gdy zerknął z powrotem na Bestię, uśmiech zszedł z jego postrzępionej czerwonymi brodawkami twarzy.
Nie usłyszał brzęku pękania kości, lecz łańcucha, z którego Chase oswobodził Japonkę, nim całkiem jego myśli pożarł zwierzęcy, prymitywny umysł, jaki teraz nakierowywał go na zaprowadzenie w tym miejscu prawdziwej jatki. Tak samo, kiedy się zmieniał, co uczynił tym razem wyjątkowo wolno, wyrastające pazury zakopał tak głęboko w udzie Kimiko, że po wyciągnięciu ich zaczęła wartkimi potokami wypływać świeża krew. Nie chodziło o to, żeby ją skrzywdzić, lecz żeby osłabić. Uciekająca krew sprawi, że Japonka utraci sporo na siłach, co ławą przyczyni się do spowolnienia, jeśli i nie do zneutralizowania toksyny w jej ciele. Do przemiany potrzeba sporo energii, a tejże właśnie będzie jej brakować, toteż Chase liczył, że w ten bolesny, niedżentelmeński sposób spłaci swój dług wdzięczności i ocali dziewczynę.
Tego Hannibal nie przewidział i źle zniósł fakt opracowania przez siebie planu, który okazał się dziurawy. Nie takie chciał zakończenie, więc żeby więcej nie ryzykować, przygotował się do walki z rywalem, sięgając po Rubin Ramzesa. Young liczył na zadziałanie prowokacji. Teraz miał Hannibala tuż przed sobą i nie musiał dłużej martwić się o to, czy po przemianie się na niego rzuci, zamiast na leżącą wciąż bezbronnie Kimiko. Instynkt Bestii obrał sobie za cel zlikwidowanie tego, który szykował się do przypuszczenia nań ataku.
Hannibal wyjawił nazwę dzierżonego artefaktu i wykonał pierwszy ruch. Szczęśliwie jaszczur zdążył umknąć czerwonej wiązce, która śmignęła tuż nad ciałem Kimiko. Więcej już nie było trzeba, by Bestia wściekła się na uzbrojoną Fasolę i zaczęła go zachodzić. Kolejna salwa nieprzejrzanych błyskawic rozciągających się jak gałęzie ogolonych drzew przedarła przestrzeń areny. Pojedyncze wybuchy rozpryskiwały ziemię niczym kwas wodę, a między nimi slalomem biegła Bestia. Ten swoisty tor przeszkód nie był w stanie powstrzymać jej przed skokiem na Hannibala, który w ostatniej chwili użył Trzeciej Ręki. Złapał ją i ścisnął mocno w stalowym uścisku trzech szponów wielkości noży. Rzucił jaszczurem o murowaną ścianę, ciągnącą się na pół mili i zamykającą arenę w kręgu. Choć walnął z impetem, zdołał złapać niebieski pas, który się wokół niego owinął. Jak przy przeciąganiu liny pociągnął z całej siły za Trzecią Rękę będącą w posiadaniu Hannibala. Wróg nadleciał natychmiast, w pogotowiu dobywając Pięści Tebigonga. 
Wedle zwyczaju Bestia chciała iść w skok i uniknąć ciosu, lecz nie zdążyła i wykuta ze złota rękawica uderzyła ją prosto w pysk. Krótki skowyt jak u zbitego psa poszczycił drobne uszy Hannibala, wyglądacie jak dwie małe dziurki po obu stronach skroni. Już zamachnął się, by zaatakować znowu, lecz zielony ogon podciął mu nogi i powalił na ziemię, która ponownie jęknęła i zgięła się pod jego wielkim ciężarem.
– Oko Mistrza Dashi! – zawołała tym razem Fasola.
Amulet zawieszony na jego szyi nagle zapalił się ostrzami tysiąca piorunów, które piszcząc jak siewki poderwały się równie niczym stado ptaków do lotu. Bestia znów oberwała i upadła kawałek dalej, cała rażona do boleści. Z wściekłości, że ofiara jej umknęła, ryknęła donośnie. Arena zakolebała się od powietrza, które przesyciło się na wskroś wzajemną nienawiścią tych dwóch odwiecznych wrogów.
Oko Mistrza Dashi nie przestało razić Bestii, czerpiąc niesamowite źródła zasilania nie wiadomo skąd. Czując jednak, że kres mocy Wu jest już bliski, Hannibal dobył Ostrza Nebuli. Wówczas pioruny zniknęły, a Bestia otrzepując się z ich paraliżu, ruszyła pędem na swój cel. Starli się ze sobą i zaczęli okładać pięściami. Żbikowate pazury jaszczura co rusz cięły powietrze, a gdy zdołały zadrzeć czarną zbroję Hannibala, ten natychmiast się odsuwał lub osłaniał mieczem. Niespodziewanie wyłapał moment, w którym pchnął szpikulec ostrza do przodu, nurkując pod rozwartą paszczą. Jaszczur zawył, kiedy miecz wbił się pod jego żebrami, tnąc okrutnie trzewia i zakopując się najgłębiej, jak tylko mógł.
Bestia złapała za klingę, hamując ją. Hannibal śmiał się bezczelnie, ciesząc oczy widokiem tryskającej krwi. Trzymał Ostrze Nebuli mocno i nie zamierzał wypuszczać. Bestia wyczuła to, więc wykorzystując tę okazję i jednocześnie bardziej się poświęcając, nadziała się na miecz jeszcze mocniej, tylko po to, by szczękami sięgnąć Fasoli. Długie kły wraz z siekaczami zakleszczyły się wokół karku Hannibala. Teraz zaczął wyć z bólu i ze strachu, bo nie mógł się uwolnić. Bestia stworzyła u niego taki krwotok, iż w momencie Hannibal puścił oręż i upadł. Tym razem już nie wstał.
Złapał się za ranne miejsce i spróbował je dociskać, równocześnie szperając po kieszeniach zbroi i szukając czegoś pilnie w pogotowiu. Wyłapał Opończe Cieni, która na nic mu się teraz zda, jako że krwawi, oraz Monetę Modliszki i jeszcze parę innych Shen Gong Wu, zupełnie nieprzydatnych na te okoliczności. Oprócz…
– Nie wygrasz, Chase… nie wygrasz…! – mówił, krztusząc się.
Bestia ignorowała go, zajęta wyciąganiem z siebie raniącego ją ostrza. Gdy już je wyciągnęła, cisnęła nim o ścianę, pozwalając z brzękiem upaść i zatańczyć przy obijaniu się, jakby stworzono je ze słabej blachy. Hannibal widząc, że teraz jaszczur paszczy na nią rozpalonymi do wściekłości ślepiami, zaczął czołgać się w przeciwnym kierunku. Nagle wyciągnął za pazucha coś, co jeszcze mogło uratować mu skórę.
– Skoro nie chcesz Lao Mang Long, to będziesz zdychać jako gad!
Atom Kuzusu zalśnił w jego dłoni, a po sekundzie zabłysła złotem wypuszczona strzała. Nie poleciała jednak na Bestię, jak sądziła, lecz na sufit – tę część dachu, która w połowie zamykała się nad areną. Trafiła w nią z hukiem i pojawiła się wielka eksplozja. Wnet kamienie zaczęły spadać w dół w różne miejsca. Jaszczur, żeby się chronić, uciekł od Hannibala w przeciwną stronę od miejsca rażenia. Lecz zaraz potem zobaczył, że głazy lecą tam, gdzie leży bezbronna Japonka.
Nawet gdyby spiął w sobie wszystkie mięśnie, nigdy nie zdążyłby do niej podlecieć. To trwało moment, po którym zasyp kamieni przykrył mu cały widok na Kimiko wraz z kurtyną uniesionego jak para piasku. Niby jako potwór nie przejął się jej losem, wszakże co może obchodzić potwora to, czy jakaś dziewczyna zostanie rozgnieciona, czy nie. A jednak po dłuższym czasie coś mu w sercu pękło, jakaś blokada, która nie pozwalała uczuciom względem drugiej osoby wziąć w obroty zwierzęce myślenie. Niepodziewanie jaszczur ponownie uniósł swój łeb i stęknął jakby z niepokoju. Powlókł wzrokiem po gruzach sufitu. Zbliżył się kawałek i tylko na tyle było go stać. Widząc, że cała droga przed nim jest zasypana i nie ma choćby najmniejszej szansy na to, aby Kimiko jakimś cudem przeżyła, dał sobie spokój. Niestety, zginęła.
Hannibal patrzył się na niego i czegoś nie rozumiał. Coś zbyt nienaturalnego jak na bezmyślne zwierzę czaiło się w zachowaniu Bestii.  Zamiast się na niego ruszyć, przeniosła wzrok na trybuny. Skoczyła do nich mimo rany, która wyglądała na śmiertelną i raczej zdecydowanie nią była, sądząc po jej głębokości i szkodach, jakie narobiło w jej wnętrzu magiczne ostrze.
Na trybunach, potwór skierował się do tronu, pod którym Hannibal zostawił Shen Gong Wu. Znów zwaskoczył Fasolę, bowiem jego poczynania zdawały się usługiwać jakiejś inteligencji, której przecież nie powinien mieć, z racji że człowieczeństwo Chase’a zostało stłamszone. Widać Bestia posiadała sama w sobie jakiś rozum niż tylko zwierzęcy instynkt i wiedziała, jaki cios zada największy ból Hannibalowi. Sam Hannibal zbladł wręcz, kiedy zobaczył, że wraca do niego, niosąc ze sobą Jojo Yin-Yang.
Kiedyś Chase może chciał zabić swego wroga i mieć spokój, by nie powtórzyć błędów z przeszłości, jednak z czasem stwierdził, że śmierć nie będzie wystarczająco satysfakcjonującym rozwiązaniem. Więzienie w świecie Yin Yang, w którym każda żyjąca istota zatracała się i zaczynała wariować od izolacji i ciągłej bezsilności, która wydzierała z niej wszelkie poczucie jakiekolwiek wartości – już tak. Bestia zapamiętała jego plan i postanowiła, że wyśle Hannibala tam, gdzie jego miejsce; tam, gdzie zawsze miał wracać, nieważne ile by osiągnął w prawdziwym świecie. Niech poczuje, że przegrana i powrót do więzienia to jego przeznaczenie, a sam świat Yin Yang żałosną kolebką jego życia. Ból, jaki poczuje, po tym, czego dokonał, oraz świadomość, jak blisko był już od wygranej, na wieki nasyci jaszczura falą niebywałej satysfakcji. Dodatkowo nie dopuści do tego, by jego i tak zbrukane krwią ręce jeszcze bardziej zostały obarczone kolejnym morderstwem.
– Ale z ciebie miękki pies! – zawołał Roy. – Nie zabijesz mnie, choć innych, mniej winnych potrafiłeś? – W głębi czarnej duszy już wolał umrzeć niż trafić z powrotem do więzienia, w którym dopiero co siedział tysiąc pięćset lat. Pot, który zalśnił mu na czole tylko przekonał Jaszczura, że dobrze chce postąpić.
Nie musiał się do niego za bardzo zbliżać. Już po jednym postawionym kroku na arenie, chwiejąc się przy tym od wciąż noszonej rany, mógł użyć Shen Gong Wu. I po sekundzie Jojo Yin-Yang poszło w ruch, lecąc na cienkim jak nić sznurku w stronę Hannibala, który zakrzyczał.
 Otworzył się portal wielkości okna, koloru czerni i bieli, mieszających się ze sobą w wirze. Portal wessał do swego środka Fasolę, która jeszcze resztkami siły starała się pozostać na ziemi, wbijając w nią okute w stalowe szpony rękawic palce. Nic to jednak nie dało i nim się zorientował, leciał prosto w ziejącą mrokiem nicość, gdzie czekał na niego świat pustki i niepojętego szaleństwa.
 Jak tylko portal go połknął, zamknął się sam. Hannibal zniknął, a wraz z niego jego irytujący śmiech.
Bestia odetchnęła z ulgą, czując zwycięstwo. Poczuła się tak, jakby ktoś ściągnął jakiś ogromny ciężar z jej barków. Stęknęła z trwogi, bo nie przestała krwawić. W dodatku wyglądała rana coraz gorzej. W końcu jaszczur siadł na ziemi, nie wiedząc co dalej robić. Błysnął mu obraz Kimiko  na nowo poczuł pęknięcie w klatce, jakieś ukłucie. Jakieś zalążki smutku poczęły go ogarniać. Potwór spróbował zdusić w sobie ten dziwny proces, ale zanim się obejrzał, jego łapy powiodły go sterty kamieni.
Pokonując drogę do miejsca, w którym zostawił Kimiko, nagle usłyszał czyjś jęk. Serce jaszczura do razu zaczęło pompować szybciej krew. To musiała być ona.
Kimiko odzyskała przytomność, od razu łapiąc się za bolącą głowę, a po chwili też nogę. Widząc, że jest ranna i krwawi, zlękła się. Rozejrzała się pospiesznie dookoła. Była otoczona głazami, ale w oddzielających je szparach dostrzegła jakiś ruch. Jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem jaszczura, który obudził się na nowo od obcego zapachu krwi, jaki wyczuł, oraz odgłosów mniszki. W jego ślepiach znów zapłonęły zwierzęce zmysły.
Widząc, że nie skuwa ją dłużej łańcuch, Japonka postanowiła nie ryzykować. Jaszczur szedł prosto na nią, a potoki krwi okupowały jego każdy krok, każdą niemal piędź ziemi. Prezentował kły, sądząc prymitywnie, że przekąska uśmierzy ból pod żebrami i zagoi ranę. W końcu nic tak nie wzmacnia ciała, jak posiłek z białka pochodzącego z młodego mięsa. Kimiko chciała się więc ratować, perfekcyjnie odgadując zamysł Bestii, lecz jak tylko stanęła na równe nogi, z powrotem upadła. Nie miała siły by nawet ruszać rękami, a co dopiero uciekać. Siedziała w kałuży własnej krwi, której ilość jedynie bardziej potęgowała jej przerażenie. Zapłakała z paniki, że wykrwawia się na śmierć, acz rana na udzie zakleiła się i potrzebna była już dziewczynie tylko regeneracja. Chase ostatecznie rozrywając skórę na jej udzie, nie zamierzał jej zabijać, a tylko osłabić. Ona jednak tego nie wiedziała, ani jaszczur, który zatrzymał się tuż przed nią.
Gdy zmoczył łapy w kałuży krwi, Lao Mang Long, jakie w niej się kryło, podziałało na niego jak kojący balsam. Przez prymitywne myślenie zapomniał, dlaczego wcześniej doprowadził Kimiko do krwawienia, a chodziło przecież o uwolnienie jej z trucizny, która tudzież była nią również dla niego. Zaś dla Chase’a deską ratunku. Powróciły ukłucia w klatce ze zdwojoną siłą. Powłoka Bestii od razu zaczęła znikać, a intensywny zapach zupy jedynie sprzyjał w odzyskiwaniu ludzkiej postaci. Kimiko natychmiast przestała się bać, a odzyskała poczucie słodkiej nadziei.


Chase wrócił, ale zaraz po powrocie poczuł się tak słaby, że przechylił się do przodu i upadł prosto w ramiona mniszki. Położyła mu sobie jego głowę na jednej z przykulonych nóg. Wypowiedziała jego imię z płaczem, a on się słabo uśmiechnął.
– Hej, kruszyno.
Wcześniej Kimiko tak była przerażona, że teraz odzyskiwany spokój skłaniał ją ku takiemu szczęściu i takiej radości, że gotowa była radować się nią w każdy możliwy sposób i zrobić wszystko, choćby wybaczyć każdą szkodę i ostatecznie pocałować upadłego księcia Heylin.
– Za co to? – spytał, nie rozumiejąc. Przecież nie zasłużył, ale ona sama nie znała odpowiedzi. Po prostu oddawała się woli uczuciom, jak wtedy, gdy pozwoliła mu się po raz pierwszy rozebrać.
Cieszyli się oboje, bowiem nie było już żadnych wrogów na horyzoncie. Wszystko wskazywało na to, że wreszcie dobrnęli do końca, który choć nie zapowiadał się szczęśliwie, nie nosił miano tragicznego. Wszakże mieli z powrotem siebie. Zwycięstwo niestety zostało okupione sporym poświęceniem, a i tak nie było zwycięstwem kompletnym – Bestia wciąż nie została pokonana.
– Krwawisz – szepnęła Kimiko, zauważywszy ranę na ciele wojownika.
– Ty też.
To chyba miało zadziałać jak żart, bo delikatnie się zaśmiał, a ona poszła zaraz w jego ślady. Desperacki śmiech.
– Przepraszam – mruknął pierwszy.
– Nie musisz…
– Muszę. Dobrze wiem. Mogłem inaczej to wszystko rozegrać.
Mógł, lecz teraz było już za późno. Tak samo jak na gdybanie, oraz obwinianie. Kimiko chciała cieszyć, nie smucić, a że emocje ostatnich wydarzeń same z siebie w samoobronie odcinały ją murem od przykrości, których doświadczyła, spoglądała na Chase’a jak na kogoś, kto niczym jej nigdy nie zawinił i kogo szczerze kocha. Nawet jeśli była to pierwsza miłość, a te pierwsze miłości są zazwyczaj wcale nie takie wielkie i poprawne strukturalnie.
– To wszystko to wina Hannibala. Poza tym… Złość jest rzeczą ludzką – powiedziała. Nie miała zamiaru przyznawać mu racji, ani truć, że popełnianie błędów tak samo leży w naturze człowieka. Nie chciała dokładać żadnemu z nich więcej cierpień, więc na uspokojenie pogłaskała go po włosach przy skroniach, roniąc kolejną łzę. Coraz bardziej trzęsła się ze strachu i Chase pod nią to widział.
Choć zaakceptował fakt, że zakochanie to szczęście,  wciąż czuł jakąś lekką blokadę, która nie chciała mu pozwolić na czułości. Próbował się przełamać, jako że byli sami, tylko we dwoje, a później może już nie być drugiej okazji. Pondato, zerkając na resztki po suficie, przypomniał sobie, co podświadomie przeżywał, uśpiony za czasów panowania Bestii, zmagającej się z Hannibalem. Przypomniał sobie obawę o los Kimik, strach, że zginęła, który był tak ogromny, że nawet potwora przeszły ciarki. Kiedyś podobny odczuł, gdy zawalała się wieża, w jakiej przechowywane były Shen Gong Wu.
– Nie bój się, ja jestem przy tobie. – Po czym dodał: – Choćbyś miała to uznać za chujowe pocieszenie.
Kimiko parsknęła łamliwym chichotem. Śmianie nie pomagało w przerwaniu krwawienia u któregokolwiek z nich. Chase poruszył głową, rozglądając się za czymś, ale przecież byli w miejscu przystosowanym do walk  i śmierci, nie do przetrwania i poza piaskiem czy niebem przedzierającym się przez otwarty dach, nie było nic. Kimiko miała ochotę się położyć, gdyż już samo siedzenie stawało się dla niej trudne.
– Jestem taka słaba…
Wówczas Chase podniósł się do siadu. Wsparli się o siebie nawzajem, kładąc głowy w delikatnym uścisku przy szyjach. Chase poczuł od Kimiko zapach – jej właściwy zapach – i zrobiło mu się milej na duszy.
– Myślisz, że ktoś po nas tu przyjdzie? – spytała, mając nadzieję na jakiś ratunek od śmierci. Żadne z nich nie chciało umierać, bynajmniej nie teraz, kiedy między potencjalnie nimi się ułożyło.
– Na pewno – skłamał.
Nikt nie wiedział, gdzie są. Poza tym, problem z Bestią nie został zamknięty, a oni zdawali się go nierozsądnie odkładać.
– Pamiętasz, jak mnie pielęgnowałaś, gdy straciłem przytomność?
– Pamiętam. Opieprzyłeś mnie.
– Też. A pamiętasz, co jeszcze wtedy ci powiedziałem?
– Akurat mówiłeś wtedy wiele… O co ci konkretnie chodzi?
Oderwał się od niej i wpił w usta dziewczyny, jakby rozkoszował się nimi po raz pierwszy, acz tym razem włożył w to więcej siły. Ponoć to, w co człowiek wkłada najwięcej starań, najlepiej potem zapamiętuje.
Gdy na nią zerknął, chwilę umiliło mu wspomnienie, gdy leżała obok niego w świetle po pierwszej wspólnej nocy i to, co sobie wówczas pomyślał. Złożył kolejny pocałunek, tym razem malutki na jej drobnym nosku, a potem znów na ustach.
„Moja mała kruszyna.” Jedyny smok, jakim mógłby się opiekować.
– Nigdy więcej cię nie skrzywdzę.
Już miała mu odpowiedzieć, że ona również nigdy więcej nie zrani jego uczuć, kiedy dostrzegła to, co kryło się w jego spojrzeniu. W oczach miał pożegnanie.
– Nie – wydukała. Przypomniała sobie, co mówił o swojej utracie przytomności, którą powinno się raczej nazywać zamierzoną śpiączką. Instynkt Tygrysa szybko potwierdził, że jej skojarzenie było trafne. – Chyba nie chcesz…
– Nie ma lekarstwa – przerwał. – A ja nie wytrzymam tu tak z tobą długo…
Czuł, że Bestia zdążyła uodpornić się w nim na zapach Laośki rozcieńczonej w krwi dziewczyny, która wysychała w ziemię i zanikała. Powoli jego myśli stawały się znów mroczne i obłąkane. Jakby nie chcąc, żeby resztki z jego ludzkiego myślenia za szybko obumarły, chwytał się tego, co najlepiej kreśliło ludzkie człowieczeństwo – uczuć. W tym pożegnaniu po raz pierwszy zapragnął być względem kogoś czuły, jak to tylko możliwe.
 – Ja sam zresztą nie chcę cię więcej wykorzystywać i w nic angażować. Nie chcę być powodem twoich zmartwień i smutków.
– Nie możesz. Razem coś wymyślimy, zaradzimy temu…
Biorąc pod uwagę swoją śmierć, rychło posmutniał, zdając sobie sprawę, że pewnie nie zostanie jak najlepiej zapamiętany. Czymże są przeprosiny wysławiane na końcu, kiedy nie ma drogi ucieczki od kary? Obawa przed pamięcią Kimiko jeszcze nigdy tak nim nie wstrząsnęła. Ach, gdyby tylko można było cofnąć czas… Zacząć życie od nowa, znając na nie przepis.
Kimiko do ostatniej chwili błagała go, żeby się rozmyślił, zarówno słowami, jak i pocałunkami smakującymi słonymi łzami. Chase widział, że mu nie odpuści, choć naprawdę nie było innej drogi. Albo zaśnie na wieki, albo Bestia go pożre, a potem wszystko, na czym mu zależy, siejąc zniszczenie. A na to nie mógł pozwolić.
– I tak nic by z tego nie wyszło – ośmielił się powiedzieć, nawiązując do ich związku. Niby nie chciał jej już nigdy krzywdzić i faktycznie miał zamiar się tego trzymać do ostatniego wdechu, ale żeby uratować Japonkę od niepotrzebnej żałoby za kimś, kto nie był jej wart, trzeba było ją zwyczajnie do siebie zniechęcić. Uprzytomnić, że ich uczucia nie mają szans z brutalną rzeczywistością.
Kimiko spojrzała na niego z pretensją i z niezrozumieniem.
– Spójrz tylko na nas – zaczął wyjaśniać. – To toksyczne, niezdrowe. Zabiłem ci mistrza, skrzywdziłem przyjaciół, ciebie też prawie nie zabiłem, a ty i tak prawisz mi, że złość to ludzka rzecz, lub znajdujesz kogoś innego do obarczania winą.
Nie wytrzymała i dała mu w twarz. Chyba tego mu brakowało, aczkolwiek cios był zbyt słaby, by mógł odczuć choćby lekkie pieczenie.
– Rozumiem – wydukał.
– Gówno rozumiesz. Nigdy nic nie rozumiałeś. Od początku się o ciebie starałam, odkąd tylko pojawiłeś się w  klasztorze. Każdego dnia umierałam po trochu z nadzieją, że wrócisz na jasną stronę.
Te całe denne zagrywki typu: „opatrzę ci rany”, przyjazne podejścia, pocałunek w podziękowaniu, nieprzerwana chęć pielęgnowania, czy bronienie przed osądem przyjaciół… Wszędzie przelewała się ukryta troska dziewczyny. Jakiś pociąg względem księcia. W końcu żar pchnął ją do przejęcia inicjatywy, co w skutku doprowadziło do tego, że wylądowali sobie w objęciach. Liczyła, że Chase sam się wszystkiego kiedyś domyśli… Lecz jakby nie patrzeć, ona sama dopiero z czasem zrozumiała, że jej serce już dawno sobie kogoś wybrało, nie patrząc na to, czy wojownik Heylin jest dobrym wyborem.
– Wiem, co chciałbyś osiągnąć, ale nie uda ci się to – szepnęła. Już nie miał siły mówić głośniej. Chciała spać. Po Chasie widziała te same pragnienie. – Gdybyś naprawdę uważał, że łączy nas toksyczne, popaprane uczucie, nie pieprzyłbyś mi o tym, że nigdy więcej mnie nie skrzywdzisz.
Stęknęła, gdyż powrócił płacz. Znów się połączyli w dramatycznym muśnięciu warg. Zetknęli się czołami.
– Zostań ze mną – poprosiła.
Ale Chase, aczkolwiek otworzył się na uczucia, nadal musiał pozostać choć w nikłym stopniu sobą i się nie posłuchać. Z opóźnieniem Kimiko zauważyła, że zamknął oczy, wtuliwszy się w jej włosy. I tak wybrał śpiączkę, żeby odzyskać spokój i nikogo już więcej nie ranić. Wizja skończenia żywota jako unieruchomione na wieczność warzywo nie była tak haniebna, jak oddanie się we władanie potwora. Zwłaszcza, jeśli miał zostawić Kimiko samą na świecie, który poniekąd miał się stać lepszy bez Fasoli.
Ale Kimiko znała inny sposób, bardziej zawodny, by już nigdy nie cierpiał i taki, który mógłby ich na zawsze połączyć. Sugestia, którą szepnął jej umysł szybko powzięła za najlepsze rozwiązanie wszystkich problemów i swój obowiązek, jako że kochająca osoba powinna być w stanie zrobić wszystko, by odciąć od cierpień tego, kogo darzy uczuciem. Pomyślała zatem, że śmierć jest odpowiedzią. Zawahała się oczywiście, bo przecież to niełatwe zabić tak osobę, na której ci zależy, z drugiej jednak strony, gdy wyobrażała sobie jego przyszłość, głaszcząc go po policzku, uświadamiała sobie coraz bardziej, że droga ta jest tak naprawdę zbawieniem. Ona i tak kiedyś umrze, a co się stanie wówczas z ciałem wojownika? Czy w ogóle do jej śmierci uda jej go uchronić? Jaki był sens, żeby spał, skoro ratunek dla niego już dłużej nie istniał? Kimiko wierzyła, że to właśnie ona powinna mu zorganizować nowe wybawienie, by nie popadł w stałą ciemność.
Nie mogła go zranić, rozcinając skórę w kluczowych miejscach, zatem jedynym możliwym narzędziem zbrodni była ona sama. I tak zaczęła go dusić. On sam nie mógłby tego zrobić, bo samobójstwo ze słabości uważał za niehonorowe, ale podświadomie liczył, że kiedyś, ktoś inny wykona za niego tę robotę, niwelując ciągły sen. Nie chciał obarczać nią Kimiko, i wierzył, że tego nie zrobi, ale za słabo znał pojmowanie honoru według Japończyków. A jego niespisane dekrety głosiły, że lepiej jest zabić wojownika, niż zostawić go kalekim i na czyjąś łaskę. Kiedy było już po wszystkim, upadła mniszka zawyła głośno i zaczęła gorzko płakać, do istnego szlochu. I nie był to szloch kobiety, a bardziej wycie do księżyca. Zabicie ukochanego przysporzyło jej więcej bólu niż sądziła i okazało się znacznie trudniejsze. Patrzyła na swoje dłonie jak na narzędzia zbrodni, które chętnie by sobie odcięła. Nadal czuła, jak dygotał, gdy odcinała mu dopływ powietrza. To było chore… chore! Ale słuszne…
Niby ocaliła go przed samosądem jej przyjaciół, ślepym ostrzem sprawiedliwości, lecz z drugiej straciła powód, który napędzał jej żyły gorącą krwią pełną odwagi i woli życia; swoje źródło uczuć, dających świadomość własnego człowieczeństwa. Przypomniała sobie drugi dekret japońskiego honoru, a ten mówił, iż lepiej umrzeć z ukochanym i odnaleźć go w innym świecie, niż utknąć w samotności. Poza tym ciążyła na niej inna straszna wina – zabiła xiaolińskiego mnicha, hańbiąc się na wieki. A haniebny wojownik powinien popełnić harakiri, które teraz, w obliczu utraty Chase’a, jawiło jej się jak własne wybawienie.
Położyła go sobie z powrotem na nogach, po czym sięgnęła po ostry kawałek rozłupanego łańcucha. Nabierając oddechu, podcięła sobie żyły u rąk. Potem dołączyła do niego, kładąc głowę na jego unieruchomionej klatce. Z lotu ptaka ich sylwetki upodobniły się do prezencji yin i yang. Nie potrzebowała dużo czasu, by też spokojnie zasnąć i przestać się już czymkolwiek przejmować. Liczyła, że pójdzie do świata, w którym nikt nie umiera.
Nawet jeśli to nie była jej historia, w której odegrała dobrą rolę, wierzyła, że każdy zasługuje na drugą szansę. W tym życiu, lub w następnym.




Note: W tym momencie epilog miał się skończyć, no ale blog nie powstałby gdyby nie Raylie i w sumie stwierdziłam, że mogę jej (po raz trzeci) skrzywdzić jej chamikowych uczuć tak mocno, ani serduszek innych chamiko fanów.
Tak więc jedziemy dalej….




– Spóźniliśmy się – powiedział Guan. Wyglądał jak nie on; z powrotem posiadał swoje dłonie, jego ciało i ubranie nie szpecił żaden ślad po ciężkiej walce. Wręcz lśnił w pałacowej arenie.
Ze smutkiem spojrzał na leżących w bezruchu upadłych mnichów Xiaolin. Nie tego im życzył, nawet w chwili największej słabości, jaką była ukrywana, ale odczuwana przez niego w głębi zawiść do Heylin.
– Niekoniecznie. Może wciąż jest nadzieja.
– Przecież oni nie żyją. Szlag by to… – W oczach Guana pojawiły się łzy. Miał sprowadzić pomoc i sprowadził, ale jak zwykle ze wszystkim musiał się spóźniać. Nie mógł patrzeć ani na martwą Kimiko, ani swojego klasztornego brata. Oddalił się o dwa kroki i odwrócił plecami do tego bolesnego widoku. – Trzeba ich pogrzebać.
– Więcej wiary w xiaolińskiego ducha. Może przetrwać więcej niż nam się zdaje.
– Ich duchów już nie ma, Dashi!
Wielki Mistrz Dashi cmoknął i pomachał na niego wolną ręką; w drugiej trzymał Piasek Czasu, jaki od długiego, długiego czasu był w jego posiadaniu, po tym jak Dojo dostarczył mu go na polecenie Mistrza Funga, który za bardzo obawiał, że po przygodzie z owym Wu, jego mnisi zapragną nadużywać jego mocy.
– To gówno źle działa.
– A cóż to? Czyżbyś odziedziczył język po Chasie?
– Jaką masz gwarancję, że na nich zadziała, skoro ginęli?
– Taką, że cofa wszystko do przeszłości, a w przeszłości wszyscy żyją.
– I co z tego, skoro przeznaczenie i tak zaprowadzi ich do tego samego końca! – podniósł głos, bo tak rozsadzał go żal.
– Guan, proszę… Wiem, jak działają moje Wu. Poza tym nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Każdy sam decyduje o swoim losie, a przyszłość można zmienić. Mnisi już raz podróżowali za pomocą Piasku Czasu i pozmieniali to i owo.
Klęknął przy starym bracie i położył na nim swoją dłoń. Spojrzał się litościwie i z uśmiechem. Jak zwykle biła od Dashiego niezgłębiona, nieskończona dobroć.
– Chase jest nadzwyczajny. Lao Mang Long sprawi, że zapamięta, to, co się wydarzyło. Może dzięki temu dokona lepszych wyborów.
– Oby…
Piasek Czasu!


– Odbiór, Chase, odbiór. Słyszysz nas?
Chase wytrzeszczył oczy. Nagle znów oddychał, otaczał go las, świeciło słońce, słyszał szum wiatru, trawy, lot szczęśliwych ptaków po niebie. A przecież ostatnie, co pamiętał, to arena, krew i wieczny sen…
Zamiast tego zobaczył Omiego, którego go wołał i złotego smoka na jego ramieniu. Zdziwił się, że Dojo żyje.
– Zawiesił się – rzucił Raimundo. Kutas też żył.
Już sobie przypomniał, jakie to wydarzenie z przeszłości na nowo przeżywał. To był ten dzień, kiedy musiał zostawić swój pałac  w łapskach wroga, i kiedy spotkał mnichów na swej drodze do ich klasztoru. To był ten moment, w którym skończyli się naradzać, a on miał upaść i udać, że jest słaby i pilnie potrzebna mu pomoc, by dzięki temu mieć pewność, że się nad nim politują. To właśnie w tym momencie miał rozpocząć swoje kłamstwa i manipulacje.
– Oj zamknij się – syknęła Kimiko.
Kimiko! Jej głos go ocucił. Zamrugał parę razy widząc ją przed sobą, całą i zdrową, niczym nie skażoną, bez żadnej Lao Man Long w swoim ciele. Zauważył ją dopiero teraz, bo przecież była dla niego taką drobną kruszyną, którą zawsze dostrzegał za późno i to, czym może go obdarzyć. Był taki ślepy i taki głupi przez ten ogrom zła w sobie. Człowiek rozsądny nie wybrzydza w tym, co podarowuje mu los, a on mógł na nowo się w niej zakochać.
Zamiast udawać i kłamać, coś tam wydukał mnichom, że wszystko z nim dobrze. Sami, z własnej nie przymuszonej woli postanowili go zabrać, a potem zgodzić się na sojusz, który Chase uznał za warty jego szacunku. I tak chodziło mu tylko o Kimiko, tylko ona się liczyła. Plus te flakony z Lao Mang Long, które miał szanse ocalić. Aż nie mógł uwierzyć, że to, co go otacza jest prawdziwe. Zrozumiał przeto, że ktoś musiał użyć Piasku Czasu i cofnąć czas, lecz czym zasłużył na drugą szansę? Odnalazł ironię w tym, co się stało. Chciał zniszczyć wszystkie Shen Gong Wu, a na koniec to Wu uratowało jego. Wszystko mógł teraz zacząć od nowa. Dostał drugą szanse, co nie przydarza się każdemu.
Po niedługim czasie olał zastanawianie się nad tym. Liczyło się to, co było teraz, a on nie mógł przestać spoglądać na nieskażoną niczym niebieskooką piękność. Przypomniał sobie raptem, co Kimiko mówiła mu przed zaśnięciem o swoich uczuciach i jak tylko wyłapał jej pierwsze ciekawskie o niego spojrzenie, chytrze się pod nosem uśmiechnął. Tak szarmancko, jak najlepiej potrafił. Zarumieniła się od razu i odwróciła prędko głowę. Z tej radości, której nie czuł bardzo długo, Chase aż sam nie wiedział, jak się zachowywać. Gdyby nie to, że był w towarzystwie innych osób, pewnie zacząłby szaleć. Tym razem zamiast czynienia krzywd, poprzysiągł, że będzie zawsze, ale to zawsze, do końca swych dni, póki starczy mu krwi w żyłach, chronić smoka ognia, bo była kimś, za kogo warto ginąć. Kimś, kto od początku, bez zastanowienia był gotów obdarzyć go drugą szansą.
Pięknem życia śmiertelnego jest świadomość, że wszystko można przeżyć tylko raz. Łatwo jest to jednak zepsuć i obrócić szczęście wydarzeń w linczujący psychikę terror. Jednakże jeśli natrafia się okazja, która pozwala wszystko naprawić i nie dopuścić do popełnienia tych samych błędów, to powinno się ją mocno pochwycić, nigdy nie wypuszczać i nigdy nie zmarnować, bo tylko potwór i dzika bestia ucieka od szczęścia.



KONIEC.



Note: Osiągnęłam to! Mój pierwszy Xiaolin blog oficjalnie został doprowadzony do końca! A co jest w tym najlepsze? Że zostawiłam sobie otwartą furtkę na wypadek, gdybym chciała pisać znów XS historię w Xiaolin normalnej wersji, a nie w tych wszystkich alternatywnych realiach, jakie można spotkać na moich innych blogach. Xd Jak już pisałam z początku epilog miał być tragiczny. Ba, on od SAMEGO początku taki miał być, jak tylko zaczęłam opracowywać pierwszy plan wydarzeń dla HB. No ale z czasem człowiek zaczyna zmieniać myślenie, poznawać ludzie, czytelników, odnajduje bratnią duszę, którą zaczyna nazywać swoją sis… Że w końcu ulega trosce o uczucia tych osób i decyduje się na wynalezienie jednak happy endu. Dlatego postanowiłam użyć Dashiego i jego Wu – Piasek Czasu. Xd To jedyne „w miarę rozsądne” rozwiązanie wszystkiego, jakie przyszło mi do głowy. A że przez całe opko przelewa się cała masa Shen Gong Wu, to dlaczego by na końcu nie wykorzystać tego bajeranckiego, które pozwala zmienić przeszłość i przyszłość? Xd Nawet myślę, że nieźle się wkomponował ten pomysł w zakończenie, podsuwając drugi, by Chase właśnie zaczął wszystko od nowa, tym razem uciekając nie od przyjaźni i zaufania mnichów, ale od tego, by nie stać się potworem, jakim można być w wszelakim rozumowaniu. Może dzięki temu między nim a Kimi zaiskrzy coś znacznie piękniejszego, a zaiskrzy na pewno, gdyż w końcu, jak Kimi przyznała, od początku coś ją do niego ciągnęło. Xd Tak wiec ich przyszłość lśni teraz w samych kolorowych barwach. ^^

Proszę wziąć na chamiko na tym blogu poprawkę. Studiując zachowania chińców i japońców w ich filmach, zrozumiałam, że tego typu tragiczne decyzje i uśmiercanie się nawzajem przez kochanków prawie jak w stylu Romea i Julii jest dla nich czymś atrakcyjnym i jednocześnie na porządku dziennym w tych ich filmach. Dlatego, chociaż dla nas jest to idiotyzm i wgl chamstwo, a dla niektórych z nas może i nie (Xd), że to świat wschodu. Świat z kulturą i rozumowaniem innym od naszego. :D A już zwłaszcza pokręcony Tybet. ^^

Na ten moment Heylin Beast zostanie zakończone, dlatego wszystkich obecnych tutaj czytelników zapraszam na moje inne blogi. Jeśli znajdę czas na pisanie drugiej części HB (spokojnie, z nowymi przygodami xd) to na pewno znać. :D


Dziękuję gorąco z całego serca każdemu kociaczkowi, który tu zajrzał. <3 I tym czytelnikom, którzy komentowali stale, od czasu do czasu, raz na ruski rok, jak i tym, co nie komciali, a przynajmniej zaglądali i czytali w ciszy. Fajnym uczuciem jest doprowadzić opko do końca, więc polecam je każdemu!

Paaa!

4 komentarze:

  1. Sis... Kocham Cię.
    Miałam pisać, że nienawidzę, ale jednak kocham! Płaczę ze szczęścia. I tak, trzymam kciuki za nowe alternatywne HB pełne filtrów, miłości i wzajemnego chronienia się. Wreszcie Guan i Dashi(!) na coś się przydali. xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz. XD a tak sie balas... Choc trochę slusznie bo z początku epilog mial byc inny... Xd

      Usuń
    2. Trzeba przyznać – Chase, nawet jako bestyjka, potrafi myśleć racjonalnie. Do końca nie przychodziło mi do głowy żadne inne rozwiązanie na Loaśkę oprócz tych dwóch zaproponowanych przez Hanniego. Kurczę, nienawidzę fasolki i tak się tylko modliłam, aby Chase wykończył go szybko i bardzo boleśnie. Wyprzedzając w przyszłość, nie powiem, że cieszę się, że Hanni utknął, bo Dashi zakręcił Wu i w zasadzie niebezpieczeństwo ze strony strączka nadal jest realne tak samo jak to, że Kimiko i Chase się zejdą. :D Powiem jeszcze, że po tym „Niestety, zginęła” byłam w wuj zła. Na umarnięcie Kimiko poświęcić tylko dwa słowa? Narratorze, ale z ciebie buc. xD Ale dobra, wszystko świetnie się skończyło. Prawie.
      Zaserwowałaś mi drugie najsmutniejsze chamikowe pożegnanie, jakie czytałam. W porównaniu do TAMTEGO pierwszego przebiegało bardzo spokojnie, w samotności, bez udziału wrednych światków. Takie szczere, ostatnie, bez masek, bez nienawiści, tylko miłość. Jego hej, kruszynko, chujowe pocieszenie,jej liść oraz wyznanie, że zawsze się o niego starała... Serce w kawałkach, sis, w kawałkach. A potem pocałunek, ten ostatni... jego mała kruszynka, obietnica wiecznego opiekowania się swym smoczkiem...
      Ta, ja wiem, jakim filmem się tu inspirowałaś (shit, nie pamiętam tytułu. Ale mnie tamta końcówka chyba nie wstrząsnęła tak mocno jak Tobą) i muszę przyznać, że wyszło bardzo dramatycznie. No ale dramaty są specjalnością mojej sis, więc wyszło perfekcyjnie. Pomijając moje początkowe deja vu związane z TAMTYM pożegnaniem i jękiem: „znowu, serio?!” właściwie chyba przełknęłabym śmierć mózgu Chase'a (hahaha, nie, nie wierz, piszę to z punktu widzenia bezpiecznego i pięknego epilogu), ponieważ Kimiko w akcie miłosnej desperacji dokończyła dzieła i potem sama do niego dołączyła. Kurczę, zginął w jej ramionach, od jej uścisku (tak to sobie tłumaczę). To bardzo okrutne tak łączyć przytulaka ze śmiercionośnym uduszeniem. T.T Chase drżał w konwulsjach... T___T
      Bardzo ładne, trafne filozoficzne wnioski o drugiej szansie, przejściu życia z gotowym przepisem (huh, Czesław, tobie to się poszczęściło xD), o tym że już się go nie zmarnuje, nie popełni tych samych błędów. No ja bardzo wierzę w Chase'a, że ich już nie popełni!

      Dziękuję Ci za to, że zechciałaś wcisnąć w zakończenie Dashiego! xD Będzie moi ulubionym bohaterem! xD Piszczę ze szczęścia i po milionkroś dziękuję! Haha, nawet on ama nazwał Wu gówneeem...! xD

      „Kutas też żył”. → Paaadłam! XD

      „tak chodziło mu tylko o Kimiko, tylko ona się liczyła. Plus te flakony z Lao Mang Long” → No czy ktoś mógł sobie wymyślić lepsze zakończenie?! Gdybyś zrobiła bad end, byłoby chujowo, tyle Ci powiem! Cofam to o przełknięciu! Nie wybaczyłabym Ci! A ten epilog jest epickim epilogiem epickiego zakończenia!

      Niech flirtują, niech się kochają, niech Kimi będzie jego księżniczką (ee, kurde, czyli...Chase będzie drugi raz rozdziewiczał tę samą laskę? Co za doświadczenie kurde, ale mu się fartło! XDDDD)!

      I tak bardzo kocham to zakończenie! Tyle nadziei!Tyle radości! Tyle szczęścia! Gratuluję zakończenia bloga. Naprawdę kawał porządnej roboty. Obyś miała dzięki temu jeszcze więcej weny, ochoty i motywacji do pisania Chamiko. Bez jaj, do dziś pamiętam, jak powiadomiłaś mnie o jego powstaniu. Jakiż palpitacji dostawałam!

      A teraz przepraszam, idę się modlić o alternatywne HB.

      Usuń
  2. Ale trzeba było się czekać na epilog na tym blogu. Pomyśleć, że to twój pierwszy blog o Chasie i Kimiko. Brawo za dotarcie do końca :) Też chciałabym to osiągnąć ^^ Epilog mi się podobał, choć w pewnym momencie miałam łzy w oczach i byłam bardzo bliska płaczu. Miałam wrażenie, że przedłużasz tę ich męczarnie, co tylko przysporzyło mi dodatkowych cierpień. Dlaczego chciałaś ich zabić? Wiesz, byłam pewna, że oni się rozejdą, dlatego w sumie złego epilogu i tak się spodziewałam. Jednakże nie sądziłam, że znów zdecydujesz się podnieść na nich rękę. Chyba lubisz ich zabijać :) Nie mówię, że to coś złego. W każdym razie podobało mi się wszystko. Szczególnie opisy. Walka z Hannibalem. Fajna, ciekawa, trzymająca w napięciu. Chase musiał stawić czoło wielu Shen Gong Wu. Podobało mi się pokazanie, że sprosta tym magicznym zabawkom. Choć Ostrze Nebuli narobiło mu wielkich szkód. Dlaczego się nie uleczył? Nie zregenerował?
    Chyba znajdę jedna rzecz, która mi się nie podobała. Duszenie Chase'a. Kiedy pomyślę o tym, że Kimiko udusiła... Nie obchodzi mnie, że chciała go ocalić od bycia warzywem... Kurczę, dusiła go! Straszne. Będę miała koszmary xD ! Mimo wszystko gratuluję pomysłu. Historia bloga mi się podobała, choć czasem był dla mnie zbyt krwawa i brutalna. Tak jednak skończyło się rozsądnie, było spójnie, ciekawie i pomysłowo. Jedna rzecz mnie nurtuje... Co z ojcem Kimiko? Kimiko się tak zabiła, nie myśląc o nim nawet. Dobrze, że wkleiłaś Dashiego. Guan mówił o tym, że ściągnie pomoc... W żadnym wypadku nie spodziewałam się Dashiego xD Ale to dobre, bardzo dobre. Przynajmniej Chase ma szansę nie popełnić tych samych błędów. Szkoda, że to już koniec, ale gdybyś chciała wrócić i pisać kolejne rozdziały na tym blogu, to możesz liczyć na mnie :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Translate